niedziela, 19 października 2025

Wstęp do PO-DOświadczeń

 

               Tuż przed zdmuchnięciem świeczek z mojego celebrującego 40 przeżytych wiosen tortu, życzyłam sobie w duchu spełnienia trzech egoistycznych, wymyślonych na totalnym spontanie (aczkolwiek na pewno nie wzięły się tak całkiem znikąd – cośtam pewnie w tej łepetynie wcześniej pracowało) marzeń. Tak to mniej więcej leciało: „żebym chociaż raz jeszcze zatańczyła na scenie, nie przepracowała całego życia w korpo, oraz nie przeżyła całego życia w bloku”. Lada moment kończę dwie wiosenki więcej, i o ile do budowy bądź kupna domu w Białce Parczewskiej / na Beskidzie Wyspowym jeszcze mi ciutek brakuje ;) to wygląda na to, że dwa pierwsze punkty zostały przez los połechtane.

               Punkt 1 - co prawda moje Paterańskie hip-hopowe turniejowe popisy nie należały do tych najbardziej spektakularnych i regał w dużym pokoju nie ugina się od pucharów :D (dyplomatycznie rzecz ujmując: nurzając się w swojej zadżebistości i oryginalności, my - Pateranie  - postanowiliśmy po prostu dać fory innym formacjom ;)  ale wyprzeć się nie wyprę: na scenie kilka razy żem była i co umiałam żem zatańczyła. Godziny przedreptanych treningów, dodatkowych prób na rusałce, „litry” wyciśniętego potu, dziesiątki przekopanych ciuchlandów w poszukiwaniu TEJ kurtki ortalionowej, setki kilometrów wysiedziane w pociągach (omatulu, ależ ta Zielona Góra jest daleko), setki peelenów wydane na dojazdy, kwatery i żabkowe turystyczne żarcie, niekończące się minuty „tuż przed” kiedy nie wiedziałam czy ze stresu zemdleję czy po imieniu rzeczy nazywając - zesram w gacie… Opyla się w ogóle? Na co to wszystko? W domu cię nie ma, hajs wydajesz, zmęczona cały czas zaganiana… A no na to, co trzymało i trzyma nadal – to poczucie, że gdzieś przynależę, że jestem z ludźmi, których kręci to samo, którzy nieprzerwanie wybierają spędzanie poniedziałkowych wieczorów na produkowaniu zakwasów w akompaniamencie kolejnego majndfaka wywierconego przez nowy błyskotliwy footwork wymyślony przez naszego ambitnego trenera:P. Teraz chyba już rozumiem, że moje ówczesne marzenie chyba nawet nie tyle dotyczyło zatańczenia na scenie, co odnalezienia właśnie tego poczucia bycia z ludźmi z tą samą zajawką. Z fenomenalnym poczuciem humoru, atmosferą wsparcia, przyjaźni, dystansem do siebie i wszelakich wypierdów tego świata. Takie rzeczy rodzą się latami. Dla takich rzeczy chce się iść po kolejne zakwasy.  Świeczki w oczach mam to pisząc, ale udało się kurna. Dziękuję.

               Punkt 2 – to ten, który poniekąd zainspirował mnie do próby podjęcia „Podoświadczeń”. Kto mnie zna – wie, że już od dłuższego czas tryb pracy korpo „nieco” mi doskwierał i pomimo starań robienia swojego najlepiej jak potrafiłam, prób odsuwania od siebie ucieczkowych myśli na zasadzie „oj weź nie narzekaj, każdy tak ma / dziękuj losowi że w ogóle masz pracę / trzeba zacisnąć zęby i robić swoje / tu przynajmniej jest stabilnie / masz benefita i bonus roczny / na zdalnym to i pranie w międzyczasie nastawisz / weź nie świruj, w tym wieku to już za późno na wydziwianie ze zmianą zawodu, a jak rzucisz to nigdzie cię nie będą chcieli”… można by tak w nieskończoność, bo tych racjonalnych argumentów zawsze było więcej niż tych nęcących w stronę ryzyka… Jednak nieustająco i w trybie nasilającym się, rósł we mnie ten wewntętrzny zgrzyt, że najprościej mówiąc robię coś, czego ani nie lubię ani nie umiem. Że nie łykam filozofii i hierarchii tej wielkiej zarabiającej astronomiczne pieniądze firmy, że rokrocznie stresuje mnie wypacanie i omawianie moich podsumowań rocznych, że nie raz zdarzało mi się odpalać kompa ze łzami w oczach, że boli mnie świadomość, że część koleżeństwa być może czuje czasem podobnie, ale trwa „bo tak trzeba”, i finalnie… że nadal dziwnie ciągnie mnie w stronę fartucha i często czekając w przychodnianej poczekalni z zazdrością patrzyłam na dziewczyny w uniformach medycznych i wierci gdzieś w środku, że wolałabym pracować choć trochę czując, że pomagam żywemu namacalnemu człowiekowi. Nie umiałam dłużej. Musiałam wiedzieć, że nawet jeśli finalnie nic się nie uda, to przynamniej próbowałam. Zaczełam robić cokolwiek byle odwrócić uwagę i co być może kiedyś dałoby mi nadzieję, że któregoś października entego roku nie będę musiała pisać kolejnego wymóżdżonego year-enda. Zaczęłam od weekendowego cosinusa. Dwa lata minęły jak mrugnięcie. Dzięki nieustannemu wsparciu Pitera (podczas moich częstych grubych nieobecności ogarniał całą domową logistykę i stale kibicował), otrzymałam rok temu dyplom technika usług kosmetycznych. Pod koniec nauki wzięła mnie zajawka na stopy (to chyba trochę tak jak z osobami, które mają sami z sobą jakiś psychoterapeutyczny problem i sami idą na psychologiczne studia – tak ja ze swoimi „oryginalnymi” stópkami, postanowiłam podłubać trochę w tym temacie). Zaryzykowałam. Zawodowy kurs podologiczny (spanie w hostelu – korpo – weekendy od rana do nocy na kursie – hostel – korpo), samokształcenie w pociągu, zaciszu domowym, drastyczne pomniejszenie oszczędności życia na zakup sprzętu do podologii mobilnej, pierwsze próby domowych zabiegów na najbliższych, pierwsi „odważni” klienci z poczty pantoflowej; moje pierwsze małe sukcesy, pierwsze porażki. Nieustanna sinusoida „never give up” i „pitolę to wszystko”. Utknęłam gdzieś pomiędzy korpo-kompem a kufrem z frezarką i cęgami. Brakowało doświadczenia, zanurkowania z temat. Nie da się dobrze złapać innej gałęzi nie puszczając poprzedniej. Tylko ta następna cały czas wydawała się totalnie nieuchwytna, poza zasięgiem wzroku. Nie mając już serio nic do stracenia, napisałam list motywacyjny, taki od serca i wysłałam (na przysłowiowego Janusza) w jedyne miejsce, jakie przyszło mi do głowy. Wiele razy wożąc Jaśka przez Głęboką na rysunek spoglądałam z rozrzewnieniem na szyld PODOLOGIA. „Wyślij”, poszło, niech się dzieje co chce… I wiecie co? Zadziało się!

               Przez pierwszych kilka miesięcy łączyłam 2 prace. Za dnia dzielnie analizowałam tranzakcje, popołudniami/wieczorami zasuwałam do gabinetu wdrażając się w tryb podologiczny. Pomimo naprawdę solidnego zapieprzu (nie zapominajmy że nadal tańcowałam) i trudów nowej wymarzonej profesji, zaczęłam widzieć światełko w tunelu. Ktoś dał mi szansę, z jakiejś nieznanej mi przyczyny postanowił mnie uczyć i motywować, choć jest tyle młodszych i sprytniejszych na pstryknięcie palcami. Nie wiem co będzie za 5 lat (ba, nawet za rok czy dwa), ale na ten moment jestem tak wdzięczna losowi za tę szansę, że zrobię wszystko co w mojej mocy żeby sprostać, żeby pomimo ciągłych trudności i pojawiających się chwil zwątpienia – próbować się nie poddać.

Od niedawna jestem szczęśliwą posiadaczką uniformu medycznego (zawód nie medyczny, ale odpady medyczne mamy ;P), a kompa włączam tylko jak chcę pogapić się netflixa, albo (może od tej pory się uda;) wypocić kilka słów na bloga. Nie mam karty benefit ani bonusa rocznego, skończył się też medicover i punkty na darmowe bileciki do kina. Ale wiecie co? Jeść co mam, a wakacje pod namiotem też może będą nienajgorsze:). Wisienką na moim 42-świeczkowym torcie będzie to, że tego października – po raz pierwszy od kilkunastu lat – nie będę pisała year-enda :D. Albo inaczej: tego października założyłam swoją pierwszą klamrę na stopie prawdziwego żywego pacjenta, odbarczyłam pierwszego krwiaka podpaznokciowego, dostałam piękne opinie na booksy i płakałam (nie pierwszy i nie ostatni zapewne raz :P) przez ziarninę i wrastające paznokcie. Nie mówię że tojebajka – czeka mnie jeszcze wieeeele nauki, większych lub mniejszych przypałów (stałym w tej branży będą trudne sytuacje), ale pierwszy raz od bardzo dawna czuję że robię coś co ma sens i co sprawia mi satysfakcję. Nie miałoby to miejsca, gdyby nie nieustające wsparcie moich bliskich i osób, które z nieznanych mi przyczyn we mnie jakoś uwierzyły. Medal dla Kociaka, który nigdy we mnie nie zwątpił, i chyba najbardziej kibicował mojej decyzji o rzuceniu korpo-papierów (jak to zrobiłam, z szerokim uśmiechem krzyknął „wreszcie!” i mnie uściskał), który podczas mojej nieobecności dzielnie ogarnia chatę (nie ma tego z złego, bo tak się chłopak wyśmigał w pieczeniu chleba i topieniu smalczyku, że chyba lada moment on rzuci papiery i zacznie handlować domowymi specjałami). Rodzice, którzy wspierają w każdy możliwy sposób (od zabierania chłopaków na wycieczki – nie tylko rowerowe i innych wnuczkowych rozpieszczanek, doraźnego wychodzenia w psem podczas naszych luk logistycznych, dokarmiania mielonymi i kapustą, prenumeraty „Podologii”,  niekończącej się wiary w nasze możliwości i kibicowanie że się uda no matter what, i wiele wiele innych;). Przyjaciele, którzy wiedzieli jak bardzo gryzł mnie korpo-zgrzyt i również motywowali do zaryzykowania spróbowania inaczej. No mam za co dziękować kurde, jesteście niesamowici!

PO-DOświadczenia mają dla mnie podwójne znaczenie. Jakby nie patrzeć – nastąpiła największa rewolucja w moim dotychczasowym życiu zawodowym, dlatego chciałabym w jakiś sposób upamiętnić moje doświadczenia PO tej zmianie. Doświadczenia z punktu widzenia ludzkiego: życiowych refleksji, rozkmin „czy się opylało”, wzlotów i upadków, tych pseudofilozoficznych, momentów zwątpienia (być może pomysłów na powrót do korpo... bosz broń;), mniejszych i większych sukcesów i przypałów. Z drugiej strony, chciałabym też móc tu przemycić odrobinę doświadczeń związanych z moją nową PODO profesją. Podsumowując i parafrazując wielkich myślicieli tego świata – nie miała sowa sokoła, dlatego zlepek tych sylab i jego lekka dwuznaczność - jako córce polonisty - wydała mi się kusząca na tyle, by zatytułować tak bloga i spróbować go pociągnąć.

Tymże optymistycznym akcentem kończę mój przydługi wstęp. Trzymajcie kciuki, oby wena (zarówno do pisania jak i nowej profesji:) nie opadła razem z jesiennymi złotymi liśćmi. Peace!



              

2 komentarze:

  1. Żeby oddać cesarzowi, co cesarskie: Córka polonistÓW - sama iberystka. Lecz czy takie wykształcenie ma tutaj znaczenie? Po sobie sądząc, sądzę, że nie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to prawda, mea culpa. Zafiksowałam się chyba na tym, że jedno z dwojga praktykowało 🫣

      Usuń

Niejebajka

Z góry przepraszam za wisielczy nastrój, którym może przebijać ten wpis. Oprócz tego że podo-nie-je-bajka ( taki mniej więcej główny przekaz...