Tuż
przed zdmuchnięciem świeczek z mojego celebrującego 40 przeżytych wiosen tortu,
życzyłam sobie w duchu spełnienia trzech egoistycznych, wymyślonych na totalnym
spontanie (aczkolwiek na pewno nie wzięły się tak całkiem znikąd – cośtam
pewnie w tej łepetynie wcześniej pracowało) marzeń. Tak to mniej więcej
leciało: „żebym chociaż raz jeszcze zatańczyła na scenie, nie przepracowała
całego życia w korpo, oraz nie przeżyła całego życia w bloku”. Lada moment
kończę dwie wiosenki więcej, i o ile do budowy bądź kupna domu w Białce
Parczewskiej / na Beskidzie Wyspowym jeszcze mi ciutek brakuje ;) to wygląda na
to, że dwa pierwsze punkty zostały przez los połechtane.
Punkt
1 - co prawda moje Paterańskie hip-hopowe turniejowe popisy nie należały do
tych najbardziej spektakularnych i regał w dużym pokoju nie ugina się od
pucharów :D (dyplomatycznie rzecz ujmując: nurzając się w swojej zadżebistości
i oryginalności, my - Pateranie - postanowiliśmy po prostu dać fory innym formacjom ;) ale wyprzeć się nie wyprę: na scenie kilka
razy żem była i co umiałam żem zatańczyła. Godziny przedreptanych treningów,
dodatkowych prób na rusałce, „litry” wyciśniętego potu, dziesiątki przekopanych
ciuchlandów w poszukiwaniu TEJ kurtki ortalionowej, setki kilometrów
wysiedziane w pociągach (omatulu, ależ ta Zielona Góra jest daleko), setki
peelenów wydane na dojazdy, kwatery i żabkowe turystyczne żarcie, niekończące
się minuty „tuż przed” kiedy nie wiedziałam czy ze stresu zemdleję czy po
imieniu rzeczy nazywając - zesram w gacie… Opyla się w ogóle? Na co to
wszystko? W domu cię nie ma, hajs wydajesz, zmęczona cały czas zaganiana… A no
na to, co trzymało i trzyma nadal – to poczucie, że gdzieś przynależę, że
jestem z ludźmi, których kręci to samo, którzy nieprzerwanie wybierają
spędzanie poniedziałkowych wieczorów na produkowaniu zakwasów w akompaniamencie
kolejnego majndfaka wywierconego przez nowy błyskotliwy footwork wymyślony
przez naszego ambitnego trenera:P. Teraz chyba już rozumiem, że moje ówczesne
marzenie chyba nawet nie tyle dotyczyło zatańczenia na scenie, co odnalezienia
właśnie tego poczucia bycia z ludźmi z tą samą zajawką. Z fenomenalnym
poczuciem humoru, atmosferą wsparcia, przyjaźni, dystansem do siebie i wszelakich wypierdów tego świata. Takie rzeczy rodzą się latami. Dla takich rzeczy chce
się iść po kolejne zakwasy. Świeczki w
oczach mam to pisząc, ale udało się kurna. Dziękuję.
Punkt
2 – to ten, który poniekąd zainspirował mnie do próby podjęcia „Podoświadczeń”.
Kto mnie zna – wie, że już od dłuższego czas tryb pracy korpo „nieco” mi
doskwierał i pomimo starań robienia swojego najlepiej jak potrafiłam, prób
odsuwania od siebie ucieczkowych myśli na zasadzie „oj weź nie narzekaj, każdy
tak ma / dziękuj losowi że w ogóle masz pracę / trzeba zacisnąć zęby i robić
swoje / tu przynajmniej jest stabilnie / masz benefita i bonus roczny / na
zdalnym to i pranie w międzyczasie nastawisz / weź nie świruj, w tym wieku to
już za późno na wydziwianie ze zmianą zawodu, a jak rzucisz to nigdzie cię nie
będą chcieli”… można by tak w nieskończoność, bo tych racjonalnych argumentów
zawsze było więcej niż tych nęcących w stronę ryzyka… Jednak nieustająco i w
trybie nasilającym się, rósł we mnie ten wewntętrzny zgrzyt, że najprościej
mówiąc robię coś, czego ani nie lubię ani nie umiem. Że nie łykam filozofii i
hierarchii tej wielkiej zarabiającej astronomiczne pieniądze firmy, że rokrocznie stresuje
mnie wypacanie i omawianie moich podsumowań rocznych, że nie raz zdarzało mi się
odpalać kompa ze łzami w oczach, że boli mnie świadomość, że część koleżeństwa być może czuje czasem podobnie, ale trwa „bo tak trzeba”, i finalnie… że nadal dziwnie
ciągnie mnie w stronę fartucha i często czekając w przychodnianej poczekalni z
zazdrością patrzyłam na dziewczyny w uniformach medycznych i wierci gdzieś w środku, że
wolałabym pracować choć trochę czując, że pomagam żywemu namacalnemu człowiekowi.
Nie umiałam dłużej. Musiałam wiedzieć, że nawet jeśli finalnie nic się nie uda,
to przynamniej próbowałam. Zaczełam robić cokolwiek byle odwrócić uwagę i co być
może kiedyś dałoby mi nadzieję, że któregoś października entego roku nie będę
musiała pisać kolejnego wymóżdżonego year-enda. Zaczęłam od weekendowego
cosinusa. Dwa lata minęły jak mrugnięcie. Dzięki nieustannemu wsparciu Pitera (podczas
moich częstych grubych nieobecności ogarniał całą domową logistykę i stale
kibicował), otrzymałam rok temu dyplom technika usług kosmetycznych. Pod koniec
nauki wzięła mnie zajawka na stopy (to chyba trochę tak jak z osobami, które
mają sami z sobą jakiś psychoterapeutyczny problem i sami idą na
psychologiczne studia – tak ja ze swoimi „oryginalnymi” stópkami, postanowiłam
podłubać trochę w tym temacie). Zaryzykowałam. Zawodowy kurs podologiczny
(spanie w hostelu – korpo – weekendy od rana do nocy na kursie – hostel –
korpo), samokształcenie w pociągu, zaciszu domowym, drastyczne pomniejszenie
oszczędności życia na zakup sprzętu do podologii mobilnej, pierwsze próby
domowych zabiegów na najbliższych, pierwsi „odważni” klienci z poczty
pantoflowej; moje pierwsze małe sukcesy, pierwsze porażki. Nieustanna sinusoida
„never give up” i „pitolę to wszystko”. Utknęłam gdzieś pomiędzy korpo-kompem a
kufrem z frezarką i cęgami. Brakowało doświadczenia, zanurkowania z temat. Nie
da się dobrze złapać innej gałęzi nie puszczając poprzedniej. Tylko ta następna cały czas wydawała się totalnie nieuchwytna, poza zasięgiem wzroku. Nie mając już serio
nic do stracenia, napisałam list motywacyjny, taki od serca i wysłałam (na
przysłowiowego Janusza) w jedyne miejsce, jakie przyszło mi do głowy. Wiele
razy wożąc Jaśka przez Głęboką na rysunek spoglądałam z rozrzewnieniem na szyld
PODOLOGIA. „Wyślij”, poszło, niech się dzieje co chce… I wiecie co? Zadziało
się!
Przez
pierwszych kilka miesięcy łączyłam 2 prace. Za dnia dzielnie analizowałam tranzakcje,
popołudniami/wieczorami zasuwałam do gabinetu wdrażając się w tryb
podologiczny. Pomimo naprawdę solidnego zapieprzu (nie zapominajmy że nadal
tańcowałam) i trudów nowej wymarzonej profesji, zaczęłam widzieć światełko w
tunelu. Ktoś dał mi szansę, z jakiejś nieznanej mi przyczyny postanowił mnie
uczyć i motywować, choć jest tyle młodszych i sprytniejszych na pstryknięcie
palcami. Nie wiem co będzie za 5 lat (ba, nawet za rok czy dwa), ale na ten moment jestem tak wdzięczna
losowi za tę szansę, że zrobię wszystko co w mojej mocy żeby sprostać, żeby pomimo ciągłych
trudności i pojawiających się chwil zwątpienia – próbować się nie poddać.
Od niedawna
jestem szczęśliwą posiadaczką uniformu medycznego (zawód nie medyczny, ale odpady medyczne mamy ;P), a kompa włączam tylko jak
chcę pogapić się netflixa, albo (może od tej pory się uda;) wypocić kilka słów
na bloga. Nie mam karty benefit ani bonusa rocznego, skończył się też medicover
i punkty na darmowe bileciki do kina. Ale wiecie co? Jeść co mam, a wakacje pod
namiotem też może będą nienajgorsze:). Wisienką na moim 42-świeczkowym torcie
będzie to, że tego października – po raz pierwszy od kilkunastu lat – nie będę
pisała year-enda :D. Albo inaczej: tego października założyłam swoją pierwszą
klamrę na stopie prawdziwego żywego pacjenta, odbarczyłam pierwszego krwiaka podpaznokciowego, dostałam piękne opinie na booksy
i płakałam (nie pierwszy i nie ostatni zapewne raz :P) przez ziarninę i wrastające paznokcie. Nie mówię że tojebajka – czeka mnie jeszcze wieeeele nauki, większych
lub mniejszych przypałów (stałym w tej branży będą trudne sytuacje), ale
pierwszy raz od bardzo dawna czuję że robię coś co ma sens i co sprawia mi satysfakcję. Nie miałoby to
miejsca, gdyby nie nieustające wsparcie moich bliskich i osób, które z nieznanych mi przyczyn we mnie jakoś uwierzyły. Medal dla Kociaka, który nigdy we
mnie nie zwątpił, i chyba najbardziej kibicował mojej decyzji o rzuceniu
korpo-papierów (jak to zrobiłam, z szerokim uśmiechem krzyknął „wreszcie!” i
mnie uściskał), który podczas mojej nieobecności dzielnie ogarnia chatę (nie ma
tego z złego, bo tak się chłopak wyśmigał w pieczeniu chleba i topieniu
smalczyku, że chyba lada moment on rzuci papiery i zacznie handlować domowymi
specjałami). Rodzice, którzy wspierają w każdy możliwy sposób (od zabierania
chłopaków na wycieczki – nie tylko rowerowe i innych wnuczkowych
rozpieszczanek, doraźnego wychodzenia w psem podczas naszych luk logistycznych,
dokarmiania mielonymi i kapustą, prenumeraty „Podologii”, niekończącej się wiary w nasze możliwości i
kibicowanie że się uda no matter what, i wiele wiele innych;). Przyjaciele,
którzy wiedzieli jak bardzo gryzł mnie korpo-zgrzyt i również motywowali do
zaryzykowania spróbowania inaczej. No mam za co dziękować kurde, jesteście niesamowici!
PO-DOświadczenia mają dla mnie podwójne znaczenie. Jakby nie patrzeć – nastąpiła największa
rewolucja w moim dotychczasowym życiu zawodowym, dlatego chciałabym w jakiś sposób
upamiętnić moje doświadczenia PO tej zmianie. Doświadczenia z punktu widzenia
ludzkiego: życiowych refleksji, rozkmin „czy się opylało”, wzlotów i upadków, tych pseudofilozoficznych, momentów
zwątpienia (być może pomysłów na powrót do korpo... bosz broń;), mniejszych i większych sukcesów i przypałów. Z
drugiej strony, chciałabym też móc tu przemycić odrobinę doświadczeń związanych
z moją nową PODO profesją. Podsumowując i parafrazując wielkich myślicieli tego świata – nie miała
sowa sokoła, dlatego zlepek tych sylab i jego lekka dwuznaczność - jako córce
polonisty - wydała mi się kusząca na tyle, by zatytułować tak bloga i spróbować go pociągnąć.
Tymże
optymistycznym akcentem kończę mój przydługi wstęp. Trzymajcie kciuki, oby wena
(zarówno do pisania jak i nowej profesji:) nie opadła razem z jesiennymi
złotymi liśćmi. Peace!
