poniedziałek, 6 kwietnia 2026

Niejebajka

Z góry przepraszam za wisielczy nastrój, którym może przebijać ten wpis. Oprócz tego że podo-nie-je-bajka (taki mniej więcej główny przekaz planowałam tu uwiecznić już od jakiegoś czasu), to zwyczajnie nastrój chwilowy jest … taki co też się na „owy” kończy. Czemo? (to nie literówka, ja tylko ku pamięci naśladuję nowomowę młodzieżową;) A nie wiem – może dlatego, że ostatni czas (żeby nie było, na własne życzenie) spędziłam na maratonie zakupowo-gotowaniowo-sprzątaniowym i po raz nie wiem już który uderza mnie - znowu po fakcie (ja jednak naprawdę uczę się bardzo powoli) - obuch w łeb, że „na co to wszystko; nie lepiej byłoby w święta po prostu odpocząć przy kupczych gotowcach, a nie zajeżdżać się (bo taka tradycja)?”. Na dodatek fochy młodzieńcze unoszą się w powietrzu - na nic starania podtrzymania jakiegokolwiek klimatu pisankowego, polowania na czekoladowe jajca pochowane po zakamarkach domowych, pistolety na wodę. Młody człowiek ma ważniejsze sprawy na głowie, swoje sprzeciwy wobec stawianych przez nas granic, a empatia w odniesieniu do podziału obowiązków domowych nadal jest w fazie karłowatej. Prośbą, groźbą, przykładem…no nie idzie i uj. Kiepski ze mnie wychowawca. No ale nie o tym.   

Nad nie-je-bajką też nie planuję się rozwodzić za dużo i nikogo mordować moimi wymóżdżeniami, bo ani to dla mnie motywacyjne, ani dla nikogo ciekawe. Chyba zwyczajnie uczciwość względem samej siebie każe mi tego momentu nie pominąć, bo prawda jest taka, że nie wiem co będzie. Wszystko jest drogą: każde przyspieszenie, każdy postój na rozkminy, korekty kierunku, wymagany przegląd techniczny, lub ad-hocowa naprawa/wymiana części – wszystko to będzie wpływało na to, gdzie i kiedy dojadę. Dżizz… co nie zerkam w górę tekstu, mam ochotę wcisnąć delete i zamknąć kompa na kolejne 3 miesiące, ale może właśnie wbrew wszystkiemu – nie, doczołgam te 3 cholerne akapity. A niech zostanie ślad, że gówniany nastrój się zdarza, a mimo wszystko można z nim obok kilka zdań nastukać. Pewna mądra kobieta, która przeszła niesamowitą przemianę, i której swego czasu sporo słuchałam/czytałam, zostawiła mnie m.in. z myślą, że nawet z czegoś negatywnego można stworzyć coś pozytywnego, kwestia jak się do tego ustosunkujesz. Możesz oczywiście próbować to odsunąć, stłamsić, zapić, zajeść, zajarać, cokolwiek, albo możesz się temu przyjrzeć, wytaplać w tym bagienku i z tej całej złości na wszechświat, na siebie, whatever - wykrzesać siłę na ten pierwszy krok, żeby coś z tym zrobić – serio, taki krok na wkurwie. Czasem ten jeden mały urodzony w złości kroczek okazuje się tym, który zmieni przyszłe trajektoria Twojego życia. Masz wkurwa? Namaluj go albo ulep maczugę z namoczonych wytłaczanek na jajka, które od kwartału zalegają Ci na lodówce. Internet pełen „artystów”, którzy z takich dzieł dobre kieszonkowe zbierają. Stres w pracy przewlekle dowala ci ciśnienie? Zabaw się tą myślą, że może jednak mógłbyś dostawać hajs za robienie czegoś innego. Męczysz się z toksycznym partnerem? Może jednak masz w sobie już tę siłę żeby się rozstać i odżyć, już po swojemu, bez garba który systematycznie ciągnie Cię w dół? Znowu nie możesz kupić spodni, bo w żadnych nie możesz na siebie spojrzeć? Może tym razem tak się wnerwisz w tej przymierzalni, że pójdziesz na ten cholerny spacer, który okaże się pierwszym z serii „odkąd zaczęłam codziennie wychodzić na spacer bez względu na nastrój, schudłam już 11 kg”. Jesteś zmęczona gotowaniem? Może następnym razem naprawdę po prostu kup gotowca i poczytaj książkę zamiast 2 dni stać nad garami i jeszcze potem psujesz humor całej rodzinie swoją nadętą umęczoną facjatą? Masz doła, bo nowo wybrany zawód okazuje się trudniejszy niż myślałaś? Dzień dobry: żaden nowy nie jest łatwy, zwłaszcza jeśli tak bardzo różni się od wszystkiego co robiłaś w swoim dotychczasowym 42-letnim życiu, ciągniesz jednocześnie etat, szkołę i w sporej mierze logistykę domową, dodatkowo otaczają Cię młode, zdolne, w lot łapiące i znające swoją wartość piękne kobiety. 

Czasem niestety nadal nie wyczuwam granicy pomiędzy uwierzeniem we własne siły/umiejętności/wiedzę/wartość… jak zwał tak zwał, a zbyt frywolnym podejściem do tematu, bo przecież „zrobiłażem najlepiej jak potrafię, niech się dzieje wola Bogusia”; dalej zdarza mi się zbyt dużo (za to za mało konkretnie) gadać, za mało się uśmiecham (jezusicku, przysięgam, wrodzone to mam, serio – już nie raz nie dwa się zdarzyło, że nawet jak się uśmiechałam, to ktoś pytał „a co ty taka smutna/zmęczona” ;). Z bólem przyznaję, że pomimo ogromu nieustannie przerabianych materiałów szkoleniowych, najwięcej uczę się w praktyce (niestety też, o ile nie głównie  - na własnych błędach). Na początku mojej nowej drogi ktoś mądry i bardzo doświadczony mi powiedział, że pierwsze pół roku/rok jest „przejechane” i że trzeba tych przykładowych wrastaków najpierw kilkanaście zwalić, zanim zacznie wychodzić. Tak więc trwam, keep on swimming. Staram się nie brać zbyt głęboko do serca moich „porażek porównaniowych” i po prostu robić swoje, ale letko nie jest. Nie chcę ani nie potrafię pokrzepiać się faktem, że „są gorsi, a i tak trzepią kasę”. Nazwijcie mnie looserką (jakby to ładnie powiedzieć po polsku – „przegrywką”? Tatul pomóż;), ale wolę mniej, wolniej a lepiej, uczciwiej, z szacunkiem do swoich możliwości i/lub ograniczeń.

Na swoją survivalową pociechę mówię sobie, że w razie czego dla chcącego pracować jakaś praca na przysłowiową miskę ryżu zawsze się znajdzie, a póki co robię tyle, żebym patrząc w lustro mogła z czystym sumieniem powiedzieć: robię najlepiej jak potrafię, staram się z całych sił, ale ostatnie na czym mi zależy to znowu podupaść na zdrowiu (psychicznym, fizycznym – potato-patato) ani biczować się tym, że nie jestem i nigdy nie będę gwiazdą lubelskiej podologii. Nieustannie zadziwia mnie wsparcie od osób, które mnie otaczają – począwszy od rodziny, przyjaciół, przez dziewczyny z gabinetu, kończąc na naszych kochanych szkolnych „psorkach”. Wiadomo, że po części są to uprzejmości, ale czasami człowiek czuje, widzi że to wsparcie i zrozumienie to tak na serio. Czasem wystarczy TO słowo, TO spojrzenie, TA chwila ciszy, dzięki której wiesz, że nie jesteś sama i cokolwiek się nie stanie – nie będziesz. Za to kocham obcować w ludźmi, z kobietami. Pomimo moich introwertycznych preferencji i inaczej uśmiechniętego sposobu bycia – jestem wdzięczna za to, że na mojej drodze naprawdę spotykam więcej dobra.

Anyway, wiem że smętnie pojechałam dzisiaj i nieco patetycznie, więc żeby już całkiem nie zasmarkać laptopa ;) powiem tylko, że ktokolwiek choć tyci tyci trzymał za mnie pół kciuka – DZIĘKUJĘ i proszę trzymaj dalej, bo „póki mnie nie wyniosą, to się nie poddaję”. Wiele przemyśleń za mną, co najmniej drugie tyle przede mną. Bo kiedy człowiek osiąga apogeum zrozumienia i akceptacji faktu, że tak naprawdę to nic nie wie? Zaraz po 30tce miałam moment, że wydawało mi się że to mniej więcej ogarnęłam, ale im dalej w las, tym bardziej widzę jak wiele nie widziałam do tej pory. Każdy dzień daje nowy widok. Jutro… może tym razem jutro będzie lepsze niż dziś.

  



Ps. No dobra, anegdotka dla wytrwałych: W poprzednią niedzielę wzięło mnie na gotowanie kapuśniaku. Jako że to był mój pierwszy raz, robiłam ściśle z przepisem. Zabrakło mi pora, a że niedziela ta handlową była, wysłałam Frana do stokrotki. Po nic więcej, tylko po tego pora. Wraca chłopak z wielkim porzyskiem, mówi ile zapłacił, wszystko git, ale jakiś taki zamyślony, coś wspomniał tylko że dużo ludzi, bo akurat do kościoła szli. Po chwili wpada Jasiek że leci do kościoła, bo się spóźni, i żeby dać mu palmę. Chwila ciszy, po czym Fran wyrwany z zamyślenia „ano taaak, to dlatego tak się na mnie ludzie idący do kościoła dziwnie patrzyli”… Wyobraziwszy sobie Frana idącego z giga porem wśród ludzi niosących palmy – śmiechłam :D

 

Niejebajka

Z góry przepraszam za wisielczy nastrój, którym może przebijać ten wpis. Oprócz tego że podo-nie-je-bajka ( taki mniej więcej główny przekaz...