Z góry
przepraszam za wisielczy nastrój, którym może przebijać ten wpis. Oprócz tego
że podo-nie-je-bajka (taki mniej więcej główny przekaz planowałam tu uwiecznić
już od jakiegoś czasu), to zwyczajnie nastrój chwilowy jest … taki co też
się na „owy” kończy. Czemo? (to nie literówka, ja tylko ku pamięci naśladuję
nowomowę młodzieżową;) A nie wiem – może dlatego, że ostatni czas (żeby nie
było, na własne życzenie) spędziłam na maratonie
zakupowo-gotowaniowo-sprzątaniowym i po raz nie wiem już który uderza mnie - znowu
po fakcie (ja jednak naprawdę uczę się bardzo powoli) - obuch w łeb, że „na co
to wszystko; nie lepiej byłoby w święta po prostu odpocząć przy kupczych
gotowcach, a nie zajeżdżać się (bo taka tradycja)?”. Na dodatek fochy
młodzieńcze unoszą się w powietrzu - na nic starania podtrzymania
jakiegokolwiek klimatu pisankowego, polowania na czekoladowe jajca pochowane po
zakamarkach domowych, pistolety na wodę. Młody człowiek ma ważniejsze sprawy na
głowie, swoje sprzeciwy wobec stawianych przez nas granic, a empatia w
odniesieniu do podziału obowiązków domowych nadal jest w fazie karłowatej. Prośbą,
groźbą, przykładem…no nie idzie i uj. Kiepski ze mnie wychowawca. No ale nie o
tym.
Nad
nie-je-bajką też nie planuję się rozwodzić za dużo i nikogo mordować moimi
wymóżdżeniami, bo ani to dla mnie motywacyjne, ani dla nikogo ciekawe. Chyba
zwyczajnie uczciwość względem samej siebie każe mi tego momentu nie pominąć, bo
prawda jest taka, że nie wiem co będzie. Wszystko jest drogą: każde
przyspieszenie, każdy postój na rozkminy, korekty kierunku, wymagany przegląd
techniczny, lub ad-hocowa naprawa/wymiana części – wszystko to będzie wpływało
na to, gdzie i kiedy dojadę. Dżizz… co nie zerkam w górę tekstu, mam ochotę
wcisnąć delete i zamknąć kompa na kolejne 3 miesiące, ale może właśnie wbrew
wszystkiemu – nie, doczołgam te 3 cholerne akapity. A niech zostanie ślad, że
gówniany nastrój się zdarza, a mimo wszystko można z nim obok kilka zdań
nastukać. Pewna mądra kobieta, która przeszła niesamowitą przemianę, i której
swego czasu sporo słuchałam/czytałam, zostawiła mnie m.in. z myślą, że nawet z
czegoś negatywnego można stworzyć coś pozytywnego, kwestia jak się do tego
ustosunkujesz. Możesz oczywiście próbować to odsunąć, stłamsić, zapić, zajeść, zajarać,
cokolwiek, albo możesz się temu przyjrzeć, wytaplać w tym bagienku i z tej
całej złości na wszechświat, na siebie, whatever - wykrzesać siłę na ten pierwszy
krok, żeby coś z tym zrobić – serio, taki krok na wkurwie. Czasem ten jeden mały
urodzony w złości kroczek okazuje się tym, który zmieni przyszłe trajektoria
Twojego życia. Masz wkurwa? Namaluj go albo ulep maczugę z namoczonych wytłaczanek
na jajka, które od kwartału zalegają Ci na lodówce. Internet pełen „artystów”, którzy
z takich dzieł dobre kieszonkowe zbierają. Stres w pracy przewlekle dowala ci
ciśnienie? Zabaw się tą myślą, że może jednak mógłbyś dostawać hajs za robienie
czegoś innego. Męczysz się z toksycznym partnerem? Może jednak masz w sobie już
tę siłę żeby się rozstać i odżyć, już po swojemu, bez garba który
systematycznie ciągnie Cię w dół? Znowu nie możesz kupić spodni, bo w żadnych
nie możesz na siebie spojrzeć? Może tym razem tak się wnerwisz w tej przymierzalni,
że pójdziesz na ten cholerny spacer, który okaże się pierwszym z serii „odkąd
zaczęłam codziennie wychodzić na spacer bez względu na nastrój, schudłam już 11
kg”. Jesteś zmęczona gotowaniem? Może następnym razem naprawdę po prostu kup
gotowca i poczytaj książkę zamiast 2 dni stać nad garami i jeszcze potem
psujesz humor całej rodzinie swoją nadętą umęczoną facjatą? Masz doła, bo nowo
wybrany zawód okazuje się trudniejszy niż myślałaś? Dzień dobry: żaden nowy nie
jest łatwy, zwłaszcza jeśli tak bardzo różni się od wszystkiego co robiłaś w swoim
dotychczasowym 42-letnim życiu, ciągniesz jednocześnie etat, szkołę i w sporej
mierze logistykę domową, dodatkowo otaczają Cię młode, zdolne, w lot łapiące i
znające swoją wartość piękne kobiety.
Czasem niestety
nadal nie wyczuwam granicy pomiędzy uwierzeniem we własne
siły/umiejętności/wiedzę/wartość… jak zwał tak zwał, a zbyt frywolnym
podejściem do tematu, bo przecież „zrobiłażem najlepiej jak potrafię, niech się
dzieje wola Bogusia”; dalej zdarza mi się zbyt dużo (za to za mało konkretnie) gadać,
za mało się uśmiecham (jezusicku, przysięgam, wrodzone to mam, serio – już nie
raz nie dwa się zdarzyło, że nawet jak się uśmiechałam, to ktoś pytał „a co ty
taka smutna/zmęczona” ;). Z bólem przyznaję, że pomimo ogromu nieustannie
przerabianych materiałów szkoleniowych, najwięcej uczę się w praktyce (niestety
też, o ile nie głównie - na własnych
błędach). Na początku mojej nowej drogi ktoś mądry i bardzo doświadczony mi
powiedział, że pierwsze pół roku/rok jest „przejechane” i że trzeba tych
przykładowych wrastaków najpierw kilkanaście zwalić, zanim zacznie wychodzić. Tak
więc trwam, keep on swimming. Staram się nie brać zbyt głęboko do serca moich „porażek
porównaniowych” i po prostu robić swoje, ale letko nie jest. Nie chcę ani nie potrafię pokrzepiać
się faktem, że „są gorsi, a i tak trzepią kasę”. Nazwijcie mnie looserką (jakby
to ładnie powiedzieć po polsku – „przegrywką”? Tatul pomóż;), ale wolę
mniej, wolniej a lepiej, uczciwiej, z szacunkiem do swoich możliwości i/lub
ograniczeń.
Na swoją survivalową
pociechę mówię sobie, że w razie czego dla chcącego pracować jakaś praca na
przysłowiową miskę ryżu zawsze się znajdzie, a póki co robię tyle, żebym
patrząc w lustro mogła z czystym sumieniem powiedzieć: robię najlepiej jak
potrafię, staram się z całych sił, ale ostatnie na czym mi zależy to znowu
podupaść na zdrowiu (psychicznym, fizycznym – potato-patato) ani biczować się tym,
że nie jestem i nigdy nie będę gwiazdą lubelskiej podologii. Nieustannie zadziwia
mnie wsparcie od osób, które mnie otaczają – począwszy od rodziny, przyjaciół,
przez dziewczyny z gabinetu, kończąc na naszych kochanych szkolnych „psorkach”.
Wiadomo, że po części są to uprzejmości, ale czasami człowiek czuje, widzi że
to wsparcie i zrozumienie to tak na serio. Czasem wystarczy TO słowo, TO
spojrzenie, TA chwila ciszy, dzięki której wiesz, że nie jesteś sama i
cokolwiek się nie stanie – nie będziesz. Za to kocham obcować w ludźmi, z kobietami.
Pomimo moich introwertycznych preferencji i inaczej uśmiechniętego sposobu
bycia – jestem wdzięczna za to, że na mojej drodze naprawdę spotykam więcej
dobra.
Anyway, wiem
że smętnie pojechałam dzisiaj i nieco patetycznie, więc żeby już całkiem nie
zasmarkać laptopa ;) powiem tylko, że ktokolwiek choć tyci tyci trzymał za mnie
pół kciuka – DZIĘKUJĘ i proszę trzymaj dalej, bo „póki mnie nie wyniosą, to się
nie poddaję”. Wiele przemyśleń za mną, co najmniej drugie tyle przede mną. Bo kiedy
człowiek osiąga apogeum zrozumienia i akceptacji faktu, że tak naprawdę to nic
nie wie? Zaraz po 30tce miałam moment, że wydawało mi się że to mniej więcej ogarnęłam,
ale im dalej w las, tym bardziej widzę jak wiele nie widziałam do tej pory. Każdy
dzień daje nowy widok. Jutro… może tym razem jutro będzie lepsze niż dziś.
Ps. No dobra, anegdotka dla wytrwałych: W poprzednią niedzielę wzięło mnie na gotowanie kapuśniaku. Jako że to był mój pierwszy raz, robiłam ściśle z przepisem. Zabrakło mi pora, a że niedziela ta handlową była, wysłałam Frana do stokrotki. Po nic więcej, tylko po tego pora. Wraca chłopak z wielkim porzyskiem, mówi ile zapłacił, wszystko git, ale jakiś taki zamyślony, coś wspomniał tylko że dużo ludzi, bo akurat do kościoła szli. Po chwili wpada Jasiek że leci do kościoła, bo się spóźni, i żeby dać mu palmę. Chwila ciszy, po czym Fran wyrwany z zamyślenia „ano taaak, to dlatego tak się na mnie ludzie idący do kościoła dziwnie patrzyli”… Wyobraziwszy sobie Frana idącego z giga porem wśród ludzi niosących palmy – śmiechłam :D
