poniedziałek, 6 kwietnia 2026

Niejebajka

Z góry przepraszam za wisielczy nastrój, którym może przebijać ten wpis. Oprócz tego że podo-nie-je-bajka (taki mniej więcej główny przekaz planowałam tu uwiecznić już od jakiegoś czasu), to zwyczajnie nastrój chwilowy jest … taki co też się na „owy” kończy. Czemo? (to nie literówka, ja tylko ku pamięci naśladuję nowomowę młodzieżową;) A nie wiem – może dlatego, że ostatni czas (żeby nie było, na własne życzenie) spędziłam na maratonie zakupowo-gotowaniowo-sprzątaniowym i po raz nie wiem już który uderza mnie - znowu po fakcie (ja jednak naprawdę uczę się bardzo powoli) - obuch w łeb, że „na co to wszystko; nie lepiej byłoby w święta po prostu odpocząć przy kupczych gotowcach, a nie zajeżdżać się (bo taka tradycja)?”. Na dodatek fochy młodzieńcze unoszą się w powietrzu - na nic starania podtrzymania jakiegokolwiek klimatu pisankowego, polowania na czekoladowe jajca pochowane po zakamarkach domowych, pistolety na wodę. Młody człowiek ma ważniejsze sprawy na głowie, swoje sprzeciwy wobec stawianych przez nas granic, a empatia w odniesieniu do podziału obowiązków domowych nadal jest w fazie karłowatej. Prośbą, groźbą, przykładem…no nie idzie i uj. Kiepski ze mnie wychowawca. No ale nie o tym.   

Nad nie-je-bajką też nie planuję się rozwodzić za dużo i nikogo mordować moimi wymóżdżeniami, bo ani to dla mnie motywacyjne, ani dla nikogo ciekawe. Chyba zwyczajnie uczciwość względem samej siebie każe mi tego momentu nie pominąć, bo prawda jest taka, że nie wiem co będzie. Wszystko jest drogą: każde przyspieszenie, każdy postój na rozkminy, korekty kierunku, wymagany przegląd techniczny, lub ad-hocowa naprawa/wymiana części – wszystko to będzie wpływało na to, gdzie i kiedy dojadę. Dżizz… co nie zerkam w górę tekstu, mam ochotę wcisnąć delete i zamknąć kompa na kolejne 3 miesiące, ale może właśnie wbrew wszystkiemu – nie, doczołgam te 3 cholerne akapity. A niech zostanie ślad, że gówniany nastrój się zdarza, a mimo wszystko można z nim obok kilka zdań nastukać. Pewna mądra kobieta, która przeszła niesamowitą przemianę, i której swego czasu sporo słuchałam/czytałam, zostawiła mnie m.in. z myślą, że nawet z czegoś negatywnego można stworzyć coś pozytywnego, kwestia jak się do tego ustosunkujesz. Możesz oczywiście próbować to odsunąć, stłamsić, zapić, zajeść, zajarać, cokolwiek, albo możesz się temu przyjrzeć, wytaplać w tym bagienku i z tej całej złości na wszechświat, na siebie, whatever - wykrzesać siłę na ten pierwszy krok, żeby coś z tym zrobić – serio, taki krok na wkurwie. Czasem ten jeden mały urodzony w złości kroczek okazuje się tym, który zmieni przyszłe trajektoria Twojego życia. Masz wkurwa? Namaluj go albo ulep maczugę z namoczonych wytłaczanek na jajka, które od kwartału zalegają Ci na lodówce. Internet pełen „artystów”, którzy z takich dzieł dobre kieszonkowe zbierają. Stres w pracy przewlekle dowala ci ciśnienie? Zabaw się tą myślą, że może jednak mógłbyś dostawać hajs za robienie czegoś innego. Męczysz się z toksycznym partnerem? Może jednak masz w sobie już tę siłę żeby się rozstać i odżyć, już po swojemu, bez garba który systematycznie ciągnie Cię w dół? Znowu nie możesz kupić spodni, bo w żadnych nie możesz na siebie spojrzeć? Może tym razem tak się wnerwisz w tej przymierzalni, że pójdziesz na ten cholerny spacer, który okaże się pierwszym z serii „odkąd zaczęłam codziennie wychodzić na spacer bez względu na nastrój, schudłam już 11 kg”. Jesteś zmęczona gotowaniem? Może następnym razem naprawdę po prostu kup gotowca i poczytaj książkę zamiast 2 dni stać nad garami i jeszcze potem psujesz humor całej rodzinie swoją nadętą umęczoną facjatą? Masz doła, bo nowo wybrany zawód okazuje się trudniejszy niż myślałaś? Dzień dobry: żaden nowy nie jest łatwy, zwłaszcza jeśli tak bardzo różni się od wszystkiego co robiłaś w swoim dotychczasowym 42-letnim życiu, ciągniesz jednocześnie etat, szkołę i w sporej mierze logistykę domową, dodatkowo otaczają Cię młode, zdolne, w lot łapiące i znające swoją wartość piękne kobiety. 

Czasem niestety nadal nie wyczuwam granicy pomiędzy uwierzeniem we własne siły/umiejętności/wiedzę/wartość… jak zwał tak zwał, a zbyt frywolnym podejściem do tematu, bo przecież „zrobiłażem najlepiej jak potrafię, niech się dzieje wola Bogusia”; dalej zdarza mi się zbyt dużo (za to za mało konkretnie) gadać, za mało się uśmiecham (jezusicku, przysięgam, wrodzone to mam, serio – już nie raz nie dwa się zdarzyło, że nawet jak się uśmiechałam, to ktoś pytał „a co ty taka smutna/zmęczona” ;). Z bólem przyznaję, że pomimo ogromu nieustannie przerabianych materiałów szkoleniowych, najwięcej uczę się w praktyce (niestety też, o ile nie głównie  - na własnych błędach). Na początku mojej nowej drogi ktoś mądry i bardzo doświadczony mi powiedział, że pierwsze pół roku/rok jest „przejechane” i że trzeba tych przykładowych wrastaków najpierw kilkanaście zwalić, zanim zacznie wychodzić. Tak więc trwam, keep on swimming. Staram się nie brać zbyt głęboko do serca moich „porażek porównaniowych” i po prostu robić swoje, ale letko nie jest. Nie chcę ani nie potrafię pokrzepiać się faktem, że „są gorsi, a i tak trzepią kasę”. Nazwijcie mnie looserką (jakby to ładnie powiedzieć po polsku – „przegrywką”? Tatul pomóż;), ale wolę mniej, wolniej a lepiej, uczciwiej, z szacunkiem do swoich możliwości i/lub ograniczeń.

Na swoją survivalową pociechę mówię sobie, że w razie czego dla chcącego pracować jakaś praca na przysłowiową miskę ryżu zawsze się znajdzie, a póki co robię tyle, żebym patrząc w lustro mogła z czystym sumieniem powiedzieć: robię najlepiej jak potrafię, staram się z całych sił, ale ostatnie na czym mi zależy to znowu podupaść na zdrowiu (psychicznym, fizycznym – potato-patato) ani biczować się tym, że nie jestem i nigdy nie będę gwiazdą lubelskiej podologii. Nieustannie zadziwia mnie wsparcie od osób, które mnie otaczają – począwszy od rodziny, przyjaciół, przez dziewczyny z gabinetu, kończąc na naszych kochanych szkolnych „psorkach”. Wiadomo, że po części są to uprzejmości, ale czasami człowiek czuje, widzi że to wsparcie i zrozumienie to tak na serio. Czasem wystarczy TO słowo, TO spojrzenie, TA chwila ciszy, dzięki której wiesz, że nie jesteś sama i cokolwiek się nie stanie – nie będziesz. Za to kocham obcować w ludźmi, z kobietami. Pomimo moich introwertycznych preferencji i inaczej uśmiechniętego sposobu bycia – jestem wdzięczna za to, że na mojej drodze naprawdę spotykam więcej dobra.

Anyway, wiem że smętnie pojechałam dzisiaj i nieco patetycznie, więc żeby już całkiem nie zasmarkać laptopa ;) powiem tylko, że ktokolwiek choć tyci tyci trzymał za mnie pół kciuka – DZIĘKUJĘ i proszę trzymaj dalej, bo „póki mnie nie wyniosą, to się nie poddaję”. Wiele przemyśleń za mną, co najmniej drugie tyle przede mną. Bo kiedy człowiek osiąga apogeum zrozumienia i akceptacji faktu, że tak naprawdę to nic nie wie? Zaraz po 30tce miałam moment, że wydawało mi się że to mniej więcej ogarnęłam, ale im dalej w las, tym bardziej widzę jak wiele nie widziałam do tej pory. Każdy dzień daje nowy widok. Jutro… może tym razem jutro będzie lepsze niż dziś.

  



Ps. No dobra, anegdotka dla wytrwałych: W poprzednią niedzielę wzięło mnie na gotowanie kapuśniaku. Jako że to był mój pierwszy raz, robiłam ściśle z przepisem. Zabrakło mi pora, a że niedziela ta handlową była, wysłałam Frana do stokrotki. Po nic więcej, tylko po tego pora. Wraca chłopak z wielkim porzyskiem, mówi ile zapłacił, wszystko git, ale jakiś taki zamyślony, coś wspomniał tylko że dużo ludzi, bo akurat do kościoła szli. Po chwili wpada Jasiek że leci do kościoła, bo się spóźni, i żeby dać mu palmę. Chwila ciszy, po czym Fran wyrwany z zamyślenia „ano taaak, to dlatego tak się na mnie ludzie idący do kościoła dziwnie patrzyli”… Wyobraziwszy sobie Frana idącego z giga porem wśród ludzi niosących palmy – śmiechłam :D

 

piątek, 2 stycznia 2026

Noworocznie - mini recap bez postanowień ;)

    Nie miałam wątpliwości, że frekwencja moich podoświadczalnych wpisów delikatnie mówiąc nie będzie powalająca, ale mając tyle dni wolnego (od samiutkich Świąt do poniedziałku przed trzema królowcami), hańbą byłoby nie zostawienie chociaż dwóch akapitów przemyśleń noworocznych.

    W moim podręcznym brudnopisie wypunktowałam nawet kilka pomysłów na tematy które chciałabym tu uwiecznić, ale znowu będę się usprawiedliwiać wyświechtanym brakiem czasu z niekończącą się domieszką nadziei, że kiedyś się uda. Najważniejsze to się nie poddawać. Dwa kroczki lepsze od żadnego.

    Odkryciem noworocznym nie będzie, że najbardziej znaczącą dla mnie zmianą w ubiegłym roku było porzucenie korpo na rzecz „obierania pięt”. Do tej pory spacerując czasem rano z psem i gadając do siebie (tak, to taki mój element tańszej wersji terapii – pozwolenie sobie na wypowiedzenie na głos i usłyszenie tego, co chodzi po głowie, a co dla innych byłoby niewygodnie nudne, jednak dla mnie samej takie oswojenie wszystkich wewnętrznych klaunów i demonów całkiem nieźle się sprawdza;) dalej trochę ciężko mi uwierzyć, że faktycznie to zrobiłam. Poszłam na przypał, poszłam w nieznane, zaryzykowałam, świadomie zrezygnowałam z szeregu benefitów, tak naprawdę na rzecz nadziei na jako taki spokój w głowie, na pracę która dałaby mi jakąś satysfakcję lub chociaż brak tego codziennego wewnętrznego zgrzytu przy odpalaniu laptopa.

Podsumowując ostatnie 5 miesięcy w nowych realiach:

  • Cieszę się, że cały czas się uczę. Zarówno w pracy jak i w szkole, praktycznie i teoretycznie. Przyznaję bez bicia, że bardzo mocno zauważam, o ile trudniej jest mi zapamiętywać cokolwiek teraz niż dajmy na to 15 lat temu, dlatego chcę wierzyć, że ta nauka jest dla mnie po prostu dobrym ćwiczeniem mózgownicy, żeby wolniej wapniała z czasem ;) Praktyka, czyli nieustanne ćwiczenie moich niegrzeszących młodością rączek i precyzji ich działania – też lubię sobie mówić, że w piach nie pójdzie, tylko jak mi przyjdzie skarpety wnukom cerować, to może igłę jakoś nawlekę ;)
  • Muszę solidnie zbadać oczy i zrobić zajebongo okulary. Tak się śmiesznie zadziało, że zmiana pracy z przedmonitorowej na podologiczną (czyt.: nieustannie wpatrującą się z mega bliska w półmilimetrowee pierdylimetralne detale, w akompaniamencie pyłu i/lub oparów środków dezynfekcyjnych) zbiegła mi się z czasem, kiedy czterdziesto-plus-letni człowiek nagle dziwnie zaczyna odsuwać od siebie gazetę, bo literki spierdzielają jak robaczki :P Nie trudno sobie wydedukować, że takie kombo dla moich ocząt jest nieustannym skakaniem na bandżi, dlatego jeśli ktokolwiek z Was ma do polecenia naprawdę dobrego optometrystę (wiecie, takiego Housa z swojej dziedzinie), to będę niezmiernie wdzięczna na namiary.
  • Podologia – ludziologia. Po niemal dwóch dekadach pracy schematami korpo, z tym dobrymi kilkoma latami zdalnej pracy w dresach, przesiadłam się na pracę z człowiekiem face to face, a dokładniej rzecz ujmując face to feet. Każdego dnia uczę się jak słuchać żeby słyszeć i zapamiętać, jak z potoku historii żywota wyłowić to co może być kluczowe dla terapii, czasami - jak słyszeć, ale nie brać do siebie, albo jak zagadać, żeby ktoś zawstydzony się wyluzował, a przestraszony – zaufał i pozwolił sobie pomóc. Praca z klientem/pacjentem do łatwych nie należy, ale ja póki co traktuję to jako właśnie taką odrębną dziedzinę nauki, taki trochę challenge. I nawet jeśli nie wszystko zapamiętuję, to ja serio lubię słuchać ludzi. Chętnie trzeci raz posłucham przepisu na tę super zupę na obniżenie cukru pani Renatki*, o tym ile pani Jola* zrobiła uszek na Wigilię, co ostatnio poleca na netfiksie pan Maciej*, pozbieram wszystkie wspomnienia z wakacyjnych destynacji pani Kingi, Basi i Marioli wraz z radami co gdzie warto zobaczyć i kiedy kupić bilety, po raz piąty tego samego dnia usłyszę prognozę pogody na nadchodzący weekend, wysłucham i zachowam dla siebie ciężkie opowieści o zdrowiu i/lub historiach życiowych osób, które być może naprawdę nie mają z kim pogadać.
  • Leczenie na NFZ to nie lada przygoda. Chcąc nie chcąc, wraz z pożegnaniem korpo, pożegnaliśmy przewygodniaste korzystanie z prywatnej opieki medycznej. Niby nie było tego dużo: rokroczne badanie wzroku Dżonego, dermatologiczne kontrole Franczysława, moje babskie sprawy, jakieś ad-hocowe recepty i zwolnienia całej familiady, takie takie... Jednak teraz z perspektywy czasu muszę przyznać, że ten telefoniczno-onlajlnowy system był bardzo sprawnym i wygodnym rozpieszczaczem, a po odcięciu od medicoverowej pępowiny doznałam bolesnego zderzenia z enefzetowską rzeczywistością. To, ile razy Piter był u naszej pediatry, ile opierdzielu od niej zebrał, ile godzin spędziliśmy na telefonie usiłując poumawiać gdziekolwiek do specjalistów z naszymi dziećmi – nie zliczę. Nie opiszę mojej miny i wkurwu po wizycie u „pierwszego dostępnego internisty w naszej przychodni” (pan doktor m.in. wyczytał z mojej morfologii że z całą pewnością mam robaki, drwiącym tonem zakwestionował całe moje wieloletnie leczenie endometriozy (i w ogóle dolegliwość) i patrząc mi prosto w oczy ochrzanił że źle biorę leki ginekologiczne (totalny bullshit, bo zaraz po powrocie do domu dokładnie przewertowałam ulotkę, więc łgał drań zwyczajnie robiąc ze mnie debila). Także ten…  nudy nie ma, adrenalinka jest. Lubię sobie mówić, że nie ma tego złego, bo teraz przynajmniej czasem trochę odważniej mówię co myślę i nie wstydzę się wreszcie powiedzieć wpychającej się babie „pani tu nie stała” ;)
  • Uczę się pokory i zaakceptowania tego, że po prostu czasem coś nie udaje, albo nie idzie tak dobrze/szybko jak byśmy sobie tego życzyli i to niekoniecznie oznacza, że trzeba siąść i płakać. Generalnie zawsze staramy się robić coś dobrze: robić swoją pracę, gotować, malować oczy, bzykać, rozmawiać z bliskimi, tańczyć, kupować prezenty… Często się udaje super, czasami jest zwyczajnie okej, a czasami (przepraszam, muszę tego użyć, bo pięknie się rymuje, a ja córka polonistów jestem ;) … no czasami żeby skały srały, to po prostu coś nie wyjdzie. Stajesz na rzęsach, robisz zajebisty wywiad, wszystkie puzzle pasują, pięknie opracowujesz, pacjent pięknie tejpuje, smaruje… i kurde coś nie idzie, w piach wszystko, no nie idzie i ciul. I co? Normalnie bym się obraziła na siebie, na świat, zwinęła w kłębek i płakała. I czasem nadal mi się zdarza, ale zdarza mi się już refleksja, że to po prostu element życia i moim cholernym przywilejem jest to, że mogę spróbować następny raz. I następny, może ciut inaczej. Bo w tym prawdziwym życiu nie chodzi o to, żeby cały czas omijać przeszkody i wąchać kwiatki, tylko iść przed siebie z dobrą wiarą i umieć zaśmiać się z siebie jak się zdarzy wdepnąć w gówno, a potem kolejny i kolejny raz pokminić jak się  tego gówna wygrzebać. 
  • Czuję większy wyluz i dystans do siebie. Żeby była jasność: to nie jest tak że ja to teraz już jestem gotowa na wszystko, mistrzyni ciętej riposty, królowa parkietu i okolic i że krokiem Cindy Crawford wchodzę bez makijażu do spożywczaka, ale jakby to poetycko ująć - jakaś część kołka którego jeszcze pół roku temu miałam w dupie, przestała mnie uwierać. Pomimo tego, że przez obecną kumulację pracy i szkoły bywam zwyczajnie zmęczona (tak tak…zdarzyło się, że główka poleciała na zajęciach) to gdzieś tam w sobie serio czuję że częściej się uśmiecham (proszę się nie śmiać, ja wiem jaki mam zwykle wyraz twarzy, ale serio robim co możem :D; czasem sam uśmiech w duchu się liczy), nie dołuje mnie to, że nadchodzi poniedziałek, mniej wstydzę się wyjść do kółka jak zdarzy się freestyle na tańcach i ogólnie tak bardziej sobie wierzę, że mogę, albo inaczej - że mogę spróbować. I już wiem, teraz już wiem naprawdę, że to nie chodzi o to żeby na 100%. Najważniejsze to cholerne never give up i bejbi steps w dobrym kierunku.

 

Reasumując – chyba na plus Kochani, szczęśliwa jestem :)

Korzystając z okazji, chciałabym życzyć Wam zero postanowień na nowy rok, za to wytrwania ze wszystkich dobrych walkach które podejmujecie każdego dnia. Niech wyluz i dobra karma będzie z Wami!

*imiona fikcyjne :)

A to moja nowa dziara (na razie na etapie skarbonki ;)


                                             


wtorek, 11 listopada 2025

Jestę testerę (testerą ;)?


    Trafiło się ślepej kurze ziarno, a dokładniej rzecz ujmując – Madzi drepczącej po tym świecie nadpotliwymi stópkami, trafiła się okazja przetestowania na własnej skórze czegoś, na co… no tak całkiem szczerze mówiąc – nie szarpnęłabym się w pierwszej kolejności potrzeb bytu mego codziennego. Cena zestawu o którym mowa versus hierarchia rzeczy niezbędnych do przeżycia naszego stadka w akompaniamencie zawsze aktualnego podszeptu z tyłu głowy „są inne ważniejsze potrzeby” – wszystko to sprawia, że nie jest to rzecz, którą bym sobie ot tak po prostu kupiła w przypływie pierwszej lepszej fanaberii z cyklu „bo mi też się coś od życia należy”. 

    Nadpotliwe stópki – temat deko krępujący – wie tylko ten, komu pot ze strachu po krzyżu ciurkiem płynął na myśl, że po kilku godzinach w butach „poza domem” musi gdzieś „u ludzi” owe buty zdjąć. Komu znana ta ruletka: czy tym razem fizjologia była łaskawa i jest znośnie, czy może lepiej od razu niepostrzeżenie czmychnąć do łazienki co by wszystkich obecnych nie uraczyć moją wątpliwą stopo-perfumą? Kto szykując się na długą podróż w pociągu 3 razy upewniał się czy na pewno wziął w bagaż podręczny skarpetki na zmianę i trzymał kciuki w nadziei, że tym razem ten antyperspirant cokolwiek pomoże. Już sama myśl o tym powoduje stres, który – ku zaskoczeniu całej publiczności ;) – powoduje że pocisz się jeszcze bardziej. Kółeczko się zamyka. Taka twoja uroda, takie geny, poza tym pewnie jesz nie całkiem zdrowo, buty też masz zwykłe z daiszmana, skarpetki nie wszystkie z eko-owcy lub o składzie 100% eko-bawełna/bambus, więc sam żeś sobie winny że ci stópki ordynarnie mówiąc – kopią. Deal with that! Starając się więc nie wyolbrzymiać problemu i nie sięgając po ekskluzywne sposoby w stylu niekończącej się serii zabiegów jonoforezy lub ostrzykiwania botoksem, radzisz sobie jak możesz: szarpnąłeś się na skarpetki z jonami srebra, jakiś antyperspirant, talk, jakiś nano-psikacz do butów i obowiązkowo przy sobie zapasowe skarpetki „just in case”. Tragedii nie ma. Pierdoły powiadacie, problemy pierwszego świata powiadacie  - wszystko racja. Zgadzam się, bo sama starałam się bagatelizować fakt, że skóra między palcami bywa popękana, a stópki zimne bo/mimo że spocone, i ta wieczna obawa czy tym razem „kopnie”. Taka uroda. Do czasu kiedy zobaczyłam/doświadczyłam, że da się nieco inaczej.

Od prawie półtora miesiąca testuję zestaw dla domowej pielęgnacji stóp nadpotliwych KART. Składa się z 3 produktów:

1.   Mydełko (Treatment Soap) – pozwala przywrócić prawidłowe pH skóry. Jest to o tyle ważne, że nadpotliwość na skórze stóp podnosi jej pH, a zbyt wysokie pH to dosłownie parkiet dirty dancing dla wszelakiej patogennej, smrodki wywołującej flory. Mydełko jest bardzo wydajne – 1 większa kropla pozwala mi na spokojne umycie obu szkitek. Już w trakcie mycia czuć odświeżające, lekko jakby chłodzące działanie. Stosuję rano i wieczorem od prawie 1,5 miesiąca i nadal ponad pół buteleczki. Myślę, że sporadyczne stosowanie tylko raz dziennie też „zrobi robotę” .

2. Odświeżająca emulsja talkowa (Refreshing Talc Emulsion) – najprościej mówiąc jest to emulsja, dzięki której stopy nawet jeżeli się pocą, to dużo mniej i nie jest to tak uciążliwe / nos molestujące ;) Nie jest to żaden bloker/talkowchłaniacz, ale dzięki zawartości talku, mentolu, alantoiny, witaminy E, oraz olejków eterycznych z tymianku, lawendy, drzewa herbacianego, geranium, naprawdę czuje się, że skóra stopy jest odświeżona i chroniona. Stosuję go raz dziennie – zgodnie z zaleceniami KARTowskimi - rano. Wchłania się w mgnieniu oka. Jedyne moje zastrzeżenie, to że tuba mogłaby być większa, bo już widzę, że emulsji ubywa nieproporcjonalnie szybciej, niż mydełka i sprayu.

3.   Odświeżający spray do stóp (No Sweat – Refreshing Feet Spray) - nie jest to antyperspirant sensu stricto; on raczej zapobiega nadmiernemu poceniu się stóp i neutralizuje nieprzyjemny zapach (działanie przeciwbakteryjne). Jego super moc polega na tym, że można go stosować zarówno na stopy jak i do butów (zapobiega rozwojowi infekcji bakteryjnych i grzybiczych). Stosuję go po umyciu mydełkiem wieczorem, po 2 psiki na stópkę (wydajność porównywalna do mydełka). Tutaj jednak moja wrodzona czepliwość (i uczciwość… łech łech ;) każe mi wspomnieć o delikatnym efekcie suchości. Po mojemu tłumaczę to sobie tak, że jako że jest to preparat o właściwościach bakterio-/grzybobójczych, musi trochę środowisko przetrzebić, dlatego po odparowaniu sprayu nakładam cienką warstwę jakiegoś kremiszcza nawilżającego i wtedy jest miodzio.

    Podsumowując – zestaw ten okazał się dla mnie naprawdę swego rodzaju gejmczejdżerem w kontekście jednego z moich madziowych kompleksów. Byłam bardzo sceptyczna, ale jak bum cyk cyk - po niespełna 3 tygodniach stosowania, pęknięcia na skórze między palcami praktycznie znikły, a gdy wieczorem zdejmuję skarpety (nawet po całym dniu zakończonym tańcami), to stopy owszem – noszą ślady całodziennego zużycia, ale raczej są po prostu zmęczone (i niezbyt świeże ;) jak reszta ciała. Nie muszę wynosić butów na balkon, ani w popłochu lecieć pod prysznic, bo inaczej fala uderzeniowa zmiecie domowników (z psem włącznie). Ten zestaw naprawdę całościowo robi robotę – największą podejrzewam samo mydełko, bo jako że jestem ostatnio bombardowana szkoleniami udowadniającymi jak bardzo ważnym fundamentem naszego całego zdrowia jest mikrobiom – rozumiem po prostu, że największą rolę odegra nie to co „posiejesz” na danej skórze, ale na jaką glebę trafi. Zdrowy fizjologiczny mikrobiom skóry stóp zaczyna się na kwaśnym pH i tak utrzymany, daje długofalowy efekt „w tle”. Jedyna ważna notka – jak wspominałam przy okazji sprayu – może pojawiać się uczucie suchości, bo sam zestaw nie zastąpi nawilżania skóry stóp, dlatego warto pamiętać o regularnym stosowaniu jakiegoś nawilżającego mazidła. Jakiego? Ha! Najlepsza marka pytacie? Już mówię, zdradzę sekret: „codzienny” :)

    Zbierając więc do kupy studiowaną przeze mnie teorię plus empiryczny testing na stopach własnych ośmielam się stwierdzić, że KART do pielęgnacji stóp nadpotliwych działa. Z uwagi na dość wysoką cenę nie jest to może kandydat na podarek zamiast par skarpet w śnieżynki lub wody po goleniu oldspajs, ale jeśli macie wśród bliskich kogoś kto boryka się z podobnym kompleksem i nie szkoda wam na takie zbytki zaskórniaków (albo zrzucicie się z ciotką/babcią;) – warto zaszaleć, a nuż komuś zejdzie z garba wstydliwy problemik. Jeden mniej i do przodu!




Ps. Nie zgarniam tantiemów od firmy KART ;) Post jest spontaniczną chęcią połączenia przyjemnego z pożytecznym. 

Love and peace Kochani!

niedziela, 19 października 2025

Wstęp do PO-DOświadczeń

 

               Tuż przed zdmuchnięciem świeczek z mojego celebrującego 40 przeżytych wiosen tortu, życzyłam sobie w duchu spełnienia trzech egoistycznych, wymyślonych na totalnym spontanie (aczkolwiek na pewno nie wzięły się tak całkiem znikąd – cośtam pewnie w tej łepetynie wcześniej pracowało) marzeń. Tak to mniej więcej leciało: „żebym chociaż raz jeszcze zatańczyła na scenie, nie przepracowała całego życia w korpo, oraz nie przeżyła całego życia w bloku”. Lada moment kończę dwie wiosenki więcej, i o ile do budowy bądź kupna domu w Białce Parczewskiej / na Beskidzie Wyspowym jeszcze mi ciutek brakuje ;) to wygląda na to, że dwa pierwsze punkty zostały przez los połechtane.

               Punkt 1 - co prawda moje Paterańskie hip-hopowe turniejowe popisy nie należały do tych najbardziej spektakularnych i regał w dużym pokoju nie ugina się od pucharów :D (dyplomatycznie rzecz ujmując: nurzając się w swojej zadżebistości i oryginalności, my - Pateranie  - postanowiliśmy po prostu dać fory innym formacjom ;)  ale wyprzeć się nie wyprę: na scenie kilka razy żem była i co umiałam żem zatańczyła. Godziny przedreptanych treningów, dodatkowych prób na rusałce, „litry” wyciśniętego potu, dziesiątki przekopanych ciuchlandów w poszukiwaniu TEJ kurtki ortalionowej, setki kilometrów wysiedziane w pociągach (omatulu, ależ ta Zielona Góra jest daleko), setki peelenów wydane na dojazdy, kwatery i żabkowe turystyczne żarcie, niekończące się minuty „tuż przed” kiedy nie wiedziałam czy ze stresu zemdleję czy po imieniu rzeczy nazywając - zesram w gacie… Opyla się w ogóle? Na co to wszystko? W domu cię nie ma, hajs wydajesz, zmęczona cały czas zaganiana… A no na to, co trzymało i trzyma nadal – to poczucie, że gdzieś przynależę, że jestem z ludźmi, których kręci to samo, którzy nieprzerwanie wybierają spędzanie poniedziałkowych wieczorów na produkowaniu zakwasów w akompaniamencie kolejnego majndfaka wywierconego przez nowy błyskotliwy footwork wymyślony przez naszego ambitnego trenera:P. Teraz chyba już rozumiem, że moje ówczesne marzenie chyba nawet nie tyle dotyczyło zatańczenia na scenie, co odnalezienia właśnie tego poczucia bycia z ludźmi z tą samą zajawką. Z fenomenalnym poczuciem humoru, atmosferą wsparcia, przyjaźni, dystansem do siebie i wszelakich wypierdów tego świata. Takie rzeczy rodzą się latami. Dla takich rzeczy chce się iść po kolejne zakwasy.  Świeczki w oczach mam to pisząc, ale udało się kurna. Dziękuję.

               Punkt 2 – to ten, który poniekąd zainspirował mnie do próby podjęcia „Podoświadczeń”. Kto mnie zna – wie, że już od dłuższego czas tryb pracy korpo „nieco” mi doskwierał i pomimo starań robienia swojego najlepiej jak potrafiłam, prób odsuwania od siebie ucieczkowych myśli na zasadzie „oj weź nie narzekaj, każdy tak ma / dziękuj losowi że w ogóle masz pracę / trzeba zacisnąć zęby i robić swoje / tu przynajmniej jest stabilnie / masz benefita i bonus roczny / na zdalnym to i pranie w międzyczasie nastawisz / weź nie świruj, w tym wieku to już za późno na wydziwianie ze zmianą zawodu, a jak rzucisz to nigdzie cię nie będą chcieli”… można by tak w nieskończoność, bo tych racjonalnych argumentów zawsze było więcej niż tych nęcących w stronę ryzyka… Jednak nieustająco i w trybie nasilającym się, rósł we mnie ten wewntętrzny zgrzyt, że najprościej mówiąc robię coś, czego ani nie lubię ani nie umiem. Że nie łykam filozofii i hierarchii tej wielkiej zarabiającej astronomiczne pieniądze firmy, że rokrocznie stresuje mnie wypacanie i omawianie moich podsumowań rocznych, że nie raz zdarzało mi się odpalać kompa ze łzami w oczach, że boli mnie świadomość, że część koleżeństwa być może czuje czasem podobnie, ale trwa „bo tak trzeba”, i finalnie… że nadal dziwnie ciągnie mnie w stronę fartucha i często czekając w przychodnianej poczekalni z zazdrością patrzyłam na dziewczyny w uniformach medycznych i wierci gdzieś w środku, że wolałabym pracować choć trochę czując, że pomagam żywemu namacalnemu człowiekowi. Nie umiałam dłużej. Musiałam wiedzieć, że nawet jeśli finalnie nic się nie uda, to przynamniej próbowałam. Zaczełam robić cokolwiek byle odwrócić uwagę i co być może kiedyś dałoby mi nadzieję, że któregoś października entego roku nie będę musiała pisać kolejnego wymóżdżonego year-enda. Zaczęłam od weekendowego cosinusa. Dwa lata minęły jak mrugnięcie. Dzięki nieustannemu wsparciu Pitera (podczas moich częstych grubych nieobecności ogarniał całą domową logistykę i stale kibicował), otrzymałam rok temu dyplom technika usług kosmetycznych. Pod koniec nauki wzięła mnie zajawka na stopy (to chyba trochę tak jak z osobami, które mają sami z sobą jakiś psychoterapeutyczny problem i sami idą na psychologiczne studia – tak ja ze swoimi „oryginalnymi” stópkami, postanowiłam podłubać trochę w tym temacie). Zaryzykowałam. Zawodowy kurs podologiczny (spanie w hostelu – korpo – weekendy od rana do nocy na kursie – hostel – korpo), samokształcenie w pociągu, zaciszu domowym, drastyczne pomniejszenie oszczędności życia na zakup sprzętu do podologii mobilnej, pierwsze próby domowych zabiegów na najbliższych, pierwsi „odważni” klienci z poczty pantoflowej; moje pierwsze małe sukcesy, pierwsze porażki. Nieustanna sinusoida „never give up” i „pitolę to wszystko”. Utknęłam gdzieś pomiędzy korpo-kompem a kufrem z frezarką i cęgami. Brakowało doświadczenia, zanurkowania z temat. Nie da się dobrze złapać innej gałęzi nie puszczając poprzedniej. Tylko ta następna cały czas wydawała się totalnie nieuchwytna, poza zasięgiem wzroku. Nie mając już serio nic do stracenia, napisałam list motywacyjny, taki od serca i wysłałam (na przysłowiowego Janusza) w jedyne miejsce, jakie przyszło mi do głowy. Wiele razy wożąc Jaśka przez Głęboką na rysunek spoglądałam z rozrzewnieniem na szyld PODOLOGIA. „Wyślij”, poszło, niech się dzieje co chce… I wiecie co? Zadziało się!

               Przez pierwszych kilka miesięcy łączyłam 2 prace. Za dnia dzielnie analizowałam tranzakcje, popołudniami/wieczorami zasuwałam do gabinetu wdrażając się w tryb podologiczny. Pomimo naprawdę solidnego zapieprzu (nie zapominajmy że nadal tańcowałam) i trudów nowej wymarzonej profesji, zaczęłam widzieć światełko w tunelu. Ktoś dał mi szansę, z jakiejś nieznanej mi przyczyny postanowił mnie uczyć i motywować, choć jest tyle młodszych i sprytniejszych na pstryknięcie palcami. Nie wiem co będzie za 5 lat (ba, nawet za rok czy dwa), ale na ten moment jestem tak wdzięczna losowi za tę szansę, że zrobię wszystko co w mojej mocy żeby sprostać, żeby pomimo ciągłych trudności i pojawiających się chwil zwątpienia – próbować się nie poddać.

Od niedawna jestem szczęśliwą posiadaczką uniformu medycznego (zawód nie medyczny, ale odpady medyczne mamy ;P), a kompa włączam tylko jak chcę pogapić się netflixa, albo (może od tej pory się uda;) wypocić kilka słów na bloga. Nie mam karty benefit ani bonusa rocznego, skończył się też medicover i punkty na darmowe bileciki do kina. Ale wiecie co? Jeść co mam, a wakacje pod namiotem też może będą nienajgorsze:). Wisienką na moim 42-świeczkowym torcie będzie to, że tego października – po raz pierwszy od kilkunastu lat – nie będę pisała year-enda :D. Albo inaczej: tego października założyłam swoją pierwszą klamrę na stopie prawdziwego żywego pacjenta, odbarczyłam pierwszego krwiaka podpaznokciowego, dostałam piękne opinie na booksy i płakałam (nie pierwszy i nie ostatni zapewne raz :P) przez ziarninę i wrastające paznokcie. Nie mówię że tojebajka – czeka mnie jeszcze wieeeele nauki, większych lub mniejszych przypałów (stałym w tej branży będą trudne sytuacje), ale pierwszy raz od bardzo dawna czuję że robię coś co ma sens i co sprawia mi satysfakcję. Nie miałoby to miejsca, gdyby nie nieustające wsparcie moich bliskich i osób, które z nieznanych mi przyczyn we mnie jakoś uwierzyły. Medal dla Kociaka, który nigdy we mnie nie zwątpił, i chyba najbardziej kibicował mojej decyzji o rzuceniu korpo-papierów (jak to zrobiłam, z szerokim uśmiechem krzyknął „wreszcie!” i mnie uściskał), który podczas mojej nieobecności dzielnie ogarnia chatę (nie ma tego z złego, bo tak się chłopak wyśmigał w pieczeniu chleba i topieniu smalczyku, że chyba lada moment on rzuci papiery i zacznie handlować domowymi specjałami). Rodzice, którzy wspierają w każdy możliwy sposób (od zabierania chłopaków na wycieczki – nie tylko rowerowe i innych wnuczkowych rozpieszczanek, doraźnego wychodzenia w psem podczas naszych luk logistycznych, dokarmiania mielonymi i kapustą, prenumeraty „Podologii”,  niekończącej się wiary w nasze możliwości i kibicowanie że się uda no matter what, i wiele wiele innych;). Przyjaciele, którzy wiedzieli jak bardzo gryzł mnie korpo-zgrzyt i również motywowali do zaryzykowania spróbowania inaczej. No mam za co dziękować kurde, jesteście niesamowici!

PO-DOświadczenia mają dla mnie podwójne znaczenie. Jakby nie patrzeć – nastąpiła największa rewolucja w moim dotychczasowym życiu zawodowym, dlatego chciałabym w jakiś sposób upamiętnić moje doświadczenia PO tej zmianie. Doświadczenia z punktu widzenia ludzkiego: życiowych refleksji, rozkmin „czy się opylało”, wzlotów i upadków, tych pseudofilozoficznych, momentów zwątpienia (być może pomysłów na powrót do korpo... bosz broń;), mniejszych i większych sukcesów i przypałów. Z drugiej strony, chciałabym też móc tu przemycić odrobinę doświadczeń związanych z moją nową PODO profesją. Podsumowując i parafrazując wielkich myślicieli tego świata – nie miała sowa sokoła, dlatego zlepek tych sylab i jego lekka dwuznaczność - jako córce polonisty - wydała mi się kusząca na tyle, by zatytułować tak bloga i spróbować go pociągnąć.

Tymże optymistycznym akcentem kończę mój przydługi wstęp. Trzymajcie kciuki, oby wena (zarówno do pisania jak i nowej profesji:) nie opadła razem z jesiennymi złotymi liśćmi. Peace!



              

Niejebajka

Z góry przepraszam za wisielczy nastrój, którym może przebijać ten wpis. Oprócz tego że podo-nie-je-bajka ( taki mniej więcej główny przekaz...