piątek, 2 stycznia 2026

Noworocznie - mini recap bez postanowień ;)

    Nie miałam wątpliwości, że frekwencja moich podoświadczalnych wpisów delikatnie mówiąc nie będzie powalająca, ale mając tyle dni wolnego (od samiutkich Świąt do poniedziałku przed trzema królowcami), hańbą byłoby nie zostawienie chociaż dwóch akapitów przemyśleń noworocznych.

    W moim podręcznym brudnopisie wypunktowałam nawet kilka pomysłów na tematy które chciałabym tu uwiecznić, ale znowu będę się usprawiedliwiać wyświechtanym brakiem czasu z niekończącą się domieszką nadziei, że kiedyś się uda. Najważniejsze to się nie poddawać. Dwa kroczki lepsze od żadnego.

    Odkryciem noworocznym nie będzie, że najbardziej znaczącą dla mnie zmianą w ubiegłym roku było porzucenie korpo na rzecz „obierania pięt”. Do tej pory spacerując czasem rano z psem i gadając do siebie (tak, to taki mój element tańszej wersji terapii – pozwolenie sobie na wypowiedzenie na głos i usłyszenie tego, co chodzi po głowie, a co dla innych byłoby niewygodnie nudne, jednak dla mnie samej takie oswojenie wszystkich wewnętrznych klaunów i demonów całkiem nieźle się sprawdza;) dalej trochę ciężko mi uwierzyć, że faktycznie to zrobiłam. Poszłam na przypał, poszłam w nieznane, zaryzykowałam, świadomie zrezygnowałam z szeregu benefitów, tak naprawdę na rzecz nadziei na jako taki spokój w głowie, na pracę która dałaby mi jakąś satysfakcję lub chociaż brak tego codziennego wewnętrznego zgrzytu przy odpalaniu laptopa.

Podsumowując ostatnie 5 miesięcy w nowych realiach:

  • Cieszę się, że cały czas się uczę. Zarówno w pracy jak i w szkole, praktycznie i teoretycznie. Przyznaję bez bicia, że bardzo mocno zauważam, o ile trudniej jest mi zapamiętywać cokolwiek teraz niż dajmy na to 15 lat temu, dlatego chcę wierzyć, że ta nauka jest dla mnie po prostu dobrym ćwiczeniem mózgownicy, żeby wolniej wapniała z czasem ;) Praktyka, czyli nieustanne ćwiczenie moich niegrzeszących młodością rączek i precyzji ich działania – też lubię sobie mówić, że w piach nie pójdzie, tylko jak mi przyjdzie skarpety wnukom cerować, to może igłę jakoś nawlekę ;)
  • Muszę solidnie zbadać oczy i zrobić zajebongo okulary. Tak się śmiesznie zadziało, że zmiana pracy z przedmonitorowej na podologiczną (czyt.: nieustannie wpatrującą się z mega bliska w półmilimetrowee pierdylimetralne detale, w akompaniamencie pyłu i/lub oparów środków dezynfekcyjnych) zbiegła mi się z czasem, kiedy czterdziesto-plus-letni człowiek nagle dziwnie zaczyna odsuwać od siebie gazetę, bo literki spierdzielają jak robaczki :P Nie trudno sobie wydedukować, że takie kombo dla moich ocząt jest nieustannym skakaniem na bandżi, dlatego jeśli ktokolwiek z Was ma do polecenia naprawdę dobrego optometrystę (wiecie, takiego Housa z swojej dziedzinie), to będę niezmiernie wdzięczna na namiary.
  • Podologia – ludziologia. Po niemal dwóch dekadach pracy schematami korpo, z tym dobrymi kilkoma latami zdalnej pracy w dresach, przesiadłam się na pracę z człowiekiem face to face, a dokładniej rzecz ujmując face to feet. Każdego dnia uczę się jak słuchać żeby słyszeć i zapamiętać, jak z potoku historii żywota wyłowić to co może być kluczowe dla terapii, czasami - jak słyszeć, ale nie brać do siebie, albo jak zagadać, żeby ktoś zawstydzony się wyluzował, a przestraszony – zaufał i pozwolił sobie pomóc. Praca z klientem/pacjentem do łatwych nie należy, ale ja póki co traktuję to jako właśnie taką odrębną dziedzinę nauki, taki trochę challenge. I nawet jeśli nie wszystko zapamiętuję, to ja serio lubię słuchać ludzi. Chętnie trzeci raz posłucham przepisu na tę super zupę na obniżenie cukru pani Renatki*, o tym ile pani Jola* zrobiła uszek na Wigilię, co ostatnio poleca na netfiksie pan Maciej*, pozbieram wszystkie wspomnienia z wakacyjnych destynacji pani Kingi, Basi i Marioli wraz z radami co gdzie warto zobaczyć i kiedy kupić bilety, po raz piąty tego samego dnia usłyszę prognozę pogody na nadchodzący weekend, wysłucham i zachowam dla siebie ciężkie opowieści o zdrowiu i/lub historiach życiowych osób, które być może naprawdę nie mają z kim pogadać.
  • Leczenie na NFZ to nie lada przygoda. Chcąc nie chcąc, wraz z pożegnaniem korpo, pożegnaliśmy przewygodniaste korzystanie z prywatnej opieki medycznej. Niby nie było tego dużo: rokroczne badanie wzroku Dżonego, dermatologiczne kontrole Franczysława, moje babskie sprawy, jakieś ad-hocowe recepty i zwolnienia całej familiady, takie takie... Jednak teraz z perspektywy czasu muszę przyznać, że ten telefoniczno-onlajlnowy system był bardzo sprawnym i wygodnym rozpieszczaczem, a po odcięciu od medicoverowej pępowiny doznałam bolesnego zderzenia z enefzetowską rzeczywistością. To, ile razy Piter był u naszej pediatry, ile opierdzielu od niej zebrał, ile godzin spędziliśmy na telefonie usiłując poumawiać gdziekolwiek do specjalistów z naszymi dziećmi – nie zliczę. Nie opiszę mojej miny i wkurwu po wizycie u „pierwszego dostępnego internisty w naszej przychodni” (pan doktor m.in. wyczytał z mojej morfologii że z całą pewnością mam robaki, drwiącym tonem zakwestionował całe moje wieloletnie leczenie endometriozy (i w ogóle dolegliwość) i patrząc mi prosto w oczy ochrzanił że źle biorę leki ginekologiczne (totalny bullshit, bo zaraz po powrocie do domu dokładnie przewertowałam ulotkę, więc łgał drań zwyczajnie robiąc ze mnie debila). Także ten…  nudy nie ma, adrenalinka jest. Lubię sobie mówić, że nie ma tego złego, bo teraz przynajmniej czasem trochę odważniej mówię co myślę i nie wstydzę się wreszcie powiedzieć wpychającej się babie „pani tu nie stała” ;)
  • Uczę się pokory i zaakceptowania tego, że po prostu czasem coś nie udaje, albo nie idzie tak dobrze/szybko jak byśmy sobie tego życzyli i to niekoniecznie oznacza, że trzeba siąść i płakać. Generalnie zawsze staramy się robić coś dobrze: robić swoją pracę, gotować, malować oczy, bzykać, rozmawiać z bliskimi, tańczyć, kupować prezenty… Często się udaje super, czasami jest zwyczajnie okej, a czasami (przepraszam, muszę tego użyć, bo pięknie się rymuje, a ja córka polonistów jestem ;) … no czasami żeby skały srały, to po prostu coś nie wyjdzie. Stajesz na rzęsach, robisz zajebisty wywiad, wszystkie puzzle pasują, pięknie opracowujesz, pacjent pięknie tejpuje, smaruje… i kurde coś nie idzie, w piach wszystko, no nie idzie i ciul. I co? Normalnie bym się obraziła na siebie, na świat, zwinęła w kłębek i płakała. I czasem nadal mi się zdarza, ale zdarza mi się już refleksja, że to po prostu element życia i moim cholernym przywilejem jest to, że mogę spróbować następny raz. I następny, może ciut inaczej. Bo w tym prawdziwym życiu nie chodzi o to, żeby cały czas omijać przeszkody i wąchać kwiatki, tylko iść przed siebie z dobrą wiarą i umieć zaśmiać się z siebie jak się zdarzy wdepnąć w gówno, a potem kolejny i kolejny raz pokminić jak się  tego gówna wygrzebać. 
  • Czuję większy wyluz i dystans do siebie. Żeby była jasność: to nie jest tak że ja to teraz już jestem gotowa na wszystko, mistrzyni ciętej riposty, królowa parkietu i okolic i że krokiem Cindy Crawford wchodzę bez makijażu do spożywczaka, ale jakby to poetycko ująć - jakaś część kołka którego jeszcze pół roku temu miałam w dupie, przestała mnie uwierać. Pomimo tego, że przez obecną kumulację pracy i szkoły bywam zwyczajnie zmęczona (tak tak…zdarzyło się, że główka poleciała na zajęciach) to gdzieś tam w sobie serio czuję że częściej się uśmiecham (proszę się nie śmiać, ja wiem jaki mam zwykle wyraz twarzy, ale serio robim co możem :D; czasem sam uśmiech w duchu się liczy), nie dołuje mnie to, że nadchodzi poniedziałek, mniej wstydzę się wyjść do kółka jak zdarzy się freestyle na tańcach i ogólnie tak bardziej sobie wierzę, że mogę, albo inaczej - że mogę spróbować. I już wiem, teraz już wiem naprawdę, że to nie chodzi o to żeby na 100%. Najważniejsze to cholerne never give up i bejbi steps w dobrym kierunku.

 

Reasumując – chyba na plus Kochani, szczęśliwa jestem :)

Korzystając z okazji, chciałabym życzyć Wam zero postanowień na nowy rok, za to wytrwania ze wszystkich dobrych walkach które podejmujecie każdego dnia. Niech wyluz i dobra karma będzie z Wami!

*imiona fikcyjne :)

A to moja nowa dziara (na razie na etapie skarbonki ;)


                                             


Niejebajka

Z góry przepraszam za wisielczy nastrój, którym może przebijać ten wpis. Oprócz tego że podo-nie-je-bajka ( taki mniej więcej główny przekaz...